Popsuty segregator. Czemu Warszawa nie jest Nowym Jorkiem?

 

Mamy za sobą pierwszą decyzję Komisji Weryfikacyjnej. Oczywistą decyzję, stwierdzające rażące złamanie ustawy o samorządzie terytorialnym przez każdy z organów ustawowych, właściwych do weryfikowanej materii. Przerażały wyjątkowo zeznania świadków, zdymisjonowanych dyscyplinarnie eks-pracowników Biura Gospodarowania Nieruchomościami: referenta od Placu Defilad Krzysztof Ś., jego przełożonego Jerzy M. i szefa wszystkich szefów, króla warszawskich nieruchomości Marcina B., człowieka-który-zastał-Warszawę-komunalną-a-zostawił-prywatną.

 

Warszawa nie będzie Nowym Jorkiem dopóki liczba stołecznych radnych będzie kilkadziesiąt razy większa niż w amerykańskiej metropolii. Dopóty na 22 000 pracowników warszawskiego ratusza u większości z nich będzie dominował bajkizm. Maglowany godzinami przez pistoletów z Komisji Weryfikacyjnej były urzędnik Marcin B., który ponad dekadę pełnił obowiązki kierującego biurem „gospodarującym” nieruchomościami komunalnymi, skąd poszło kantem kilka tysięcy nieruchomości. A mógłby być nie tylko świetnym pracownikiem warszawskiego UM, wystarczyło dołożenie minimum staranności, nie mówiąc już o szczególnej. Stałby się bohaterem, obrońcą majątku publicznego wartego miliardy i człowiekiem, który ocalił los dziesiątek tysięcy lokatorskich rodzin, często mieszkających w swoich domach nieprzerwanie od 4 czy 5 pokoleń i lądujących, dzięki zarządzaniu komunalnym zasobem przez BGN, na tzw. bruku. Ale nie dołożył, więc kim jest Marcin B. dzisiaj?

 

Nie żałuj Marzenie złotówki!

 

Dzisiaj były już urzędnik jest symbolem dzikiej reprywatyzacji, czyli splotu niejasnej indolencji urzędników miejskich, dziwnych niedociągnięć prokuratorów, sądów i policji i bogaceniu się przypadkowych osób, jak dr Marzena K., której wpadło – jak na razie – blisko pół setki milionów złotych z kieszeni wszystkich Polaków. Oznacza to, że pani dr K. wzięła sobie od każdego Polaka po złotówce, łącznie z tymi, którzy urodzą się w ciągu najbliższych 25 lat. Pani Marzena zbytnio się nie przejęła wybuchem afery, sama zrezygnowała z pracy w resorcie sprawiedliwości i mimo podwózki byłej podwładnej Zbigniewa Ziobry do Wrocławia, to wypuszczono bez kary, ba – nawet bez wpłaty zasądzonej kaucji. W sumie to konsekwentne: przez lata okłamywała przełożonych, zapominając o nieruchomościach i kilkudziesięciu bańkach na koncie, to na koniec o te pół banki z Marzeną będą się targować? Koledzy byłej-już-koleżance-z-pracy przecież wytykać nie będą takich groszy, każdy może przecież zapomnieć.

 

Biznesmen Marcin

 

Pan Marcin przyszedł do ratusza w 2002 r. i już wtedy był biznesmenem z sektora nieruchomości, a swoją działalność prowadzi po dzień dzisiejszy, jedynie po tym jak zasmakował losu wyrzucenia przez HGW na bruk, przeniósł swój interes z Warszawy pod miasto i tyle go to wszystko ruszyło. Rok po przyjściu do ratusza został najpierw wicedyrektorem (bądź pełniącym obowiązki wicedyrektora 🙂 Biura Gospodarki Nieruchomości, Geodezji i Katastru, po podziale urzędu na dwa biura pełnił obowiązki dyrektora nowo powstałego BGN. Finalnie – pierwszym i ostatnim dyrektorem, ale nie takim prawdziwym, tylko „pełniącym obowiązki”. Dyrektor B. uchodził początkowo w ratuszu za człowieka PiS, jednak jego dobre relacje z HGW nie były dla nikogo tajemnicą, można go nazwać wręcz zausznikiem pani prezydent. Spotkali się najrzadziej co tydzień, jak przyznaje były dyrektor, w sumie 605 razy, na tzw. zespole koordynacyjnym ds. reprywatyzacji, czyli, jak wynika z przywołanych wyżej zeznań, nieformalnej grupy towarzyskiej zaglądającej w urzędowe dokumenty i wydającej instrukcje a propos postępowań reprywatyzacyjnych.

 

Dekada topniejących warszawskich nieruchomości

 

Lądując na bruku p.o. dyrektor miał niepowtarzalną szansę poznać smak losu lokatorów podległych mu komunalnych kamienic, tych które poszły w prywatne ręce. Dziesięć lat mącenia i działania na szkodę miasta stołecznego ostatecznie podsumowała jego przełożona, wywalając go na popularny „zbity pysk”. B. przez ponad dekadę dyrektorowania nie dochrapał się pełnomocnictw do wydawania dezycji, tym zajmowali się jego formalni zastępcy – R. i M. Marcin B. nie wydawał decyzji, nie nadzorował właściwie, nie wykazał ani szczególnej, ani wymaganej staranności, zatrudniał w podległym urzędzie posiadaczy roszczeń. Pierwszy z brzegu przykład to wicedyrektor Jakub R., notabene syn byłego ministra Wojciecha R, który na stare lata, razem z żoną Aliną i synem Jakubem, zamieszkali ponownie pod wspólnym dachem, tym razem wrocławskiego aresztu. Drugi przykład to żona Grzegorza Majewskiego, aferzysty z Chmielnej 70, byłego szefa warszawskiej adwokatury, Katarzyna, zatrudniona przez Bajkę w BGN, podczas gdy szef wszystkich warszawskim adwokatów brał, co mu się nigdy nie należało. To czym zajmował się MB w ratuszu, oprócz pobierania pensji? Czy ponad dekada prowadzenia działalność gospodarczej w dziedzinie doradztwa ws. nieruchomości była tak wyczerpująca, że nie miał czasu na robotę?

 

Tramwaje: następne do rozwałki?

 

Panu Marcinowi są obce pojęcia, takie jak odpowiedzialność za wykonywane obowiązki, czy nadzorowany majątek stołecznej wspólnoty samorządowej, czemu daje wyraz próbując popisywać  się podczas przesłuchań przez Komisją Weryfikacyjną. Impertynencja, brak kompetencji, działanie na szkodę warszawiaków – to dla MB spoko, luzik, cool. Co ciekawe, po wyrzuconym z ratusza „królu nieruchomości” została pamiątka, można powiedzieć, że wychował na swoją podobiznę kolejnego ananasa, menedżera różnych komunalnych szczebli i jednostek Wojciecha Bartelskiego, byłego burmistrza warszawskiego Śródmieścia, świeżo upieczonego szefa Tramwajów Warszawskiego. Do czasu jego nominacji stołeczne tramwaje były jedną z najlepiej działających spółek komunalnych w Warszawie i modelowej miejskiej spółki transportowej w skali europejskiej, m.in. dzięki kilku dekadom pracy odchodzącego na emeryturę wieloletniego prezesa TW Krzysztofa Karosa.

 

Komunalny menedżer Wojciech B.

 

Czy talenty menedżerskie Wojciecha B. predystynują go do zarządzania jakimkolwiek majątkiem Warszawy? Oczywiście, że nie, co mogą potwierdzić mieszkańcy Powiśla, który bez powodu zabrał ogródek jordanowski na Szarej i nakazał rozbijanie młotami pneumatycznymi tarasu pobliskiego przedszkola integracyjnego, byle jak najszybciej oddać ten kawałek miasta bandycie, którego obecnie. Pana Wojciecha nie krępują jakieś więzy politycznej przynależności, o lojalności nie wspominając, ma za sobą reprezentowanie barw UPR, PiS i PO. Pana Wojciecha nie boli los majątku, ani tym bardziej żywoty eksmitowanych lokatorów, czy szkół. Przecież Śródmieście to nie miejsce dla szkół!

 

Jak to możliwe, że w sercu wielomilionowego państwa UE, majątkiem publicznym w jego stolicy zarządzają takie gagatki? Dyrektor biura zarządzającego nieruchomościami rozdaje te nieruchomości na prawo i lewo, wedle tylko sobie znanego klucza. Kibicuje mu w tym burmistrz dzielnicy, na terenie której znajdują się Kancelaria Prezydenta, Premiera, Sejm, Senat, Trybunał Konstytucyjny, Rzecznik Praw Obywatelskich, siedziby resortów i służb. Rolę prezydent możemy ocenić raczej bez większego trudu, jednak parasol musiał być szerszy i być rozpostarty dłużej, niż trwała kadencja HGW.

 

Z KoLibrem na ABW

 

Pan Wojciech Bartelski obrał taką drogę kariery: służbę Polsce i Warszawie, mimo że jego poglądy wykuwały się w dość znanym stowarzyszeniu, promującym miks myśli ko-nserwatywnej i lib-eralnej, w efekcie głoszącym prymat własności jednostki nad innym kolizyjnymi prawami. Całkiem inne wnioski z tych samych nauk i dysput wyciągnął jego kolega ze stowarzyszenia, też swego czasu przez chwilę burmistrz jednej ze stołecznych dzielnic, a obecnie jeden z bardziej aktywnych członków Komisji Weryfikacyjnej, Paweł Lisiecki.

 

Najbardziej przerażające w zeznaniach byłych pracowników BGN jest to, że każdy bez żenady przyznaje że pracował dla Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego! I to nie od roku, dwóch, czy trzech, tylko od wielu lat! I czerpali z tego powodu profity, informowali też HGW, wiceszefową rządzącej ówcześnie partii Już krążą w sieci pisemka urzędowe dokumentujące współpracę, a komentatorzy zachodzą w głowę, który ze świadków dostał „koronę”. Jeden z agentów ABW zasłaniał się argumentem, że cały 22-tysięczny aparat urzędniczy miasta stołecznego Warszawy, wspierany przez zewnętrznych ekspertów i najdroższe kancelarie prawnicze, nie dał rady stawić czoła „drobnym cwaniaczkom” i był bliski utraty rozlicznych nieruchomości komunalnych, wartych setki milionów złotych sztuka, bo zwolniony dyscyplinarnie z ratusza (nie)odpowiedzialny za nadzór nad reprywatyzacją wiceprezydent Jarosław Jóźwiak popsuł segregator.

 

Popsuty segregator.

 

Dlatego Warszawa nie jest Nowym Jorkiem.

 

Piotr Gozdowski